Uwaga, komunikat organizacyjny: Maślakowej wstęp wzbroniony.
Nie dlatego, że ja jestem jakaś niemiła, skądże znowu. Po prostu przy tej książce i tak dzieje się tyle, że dokładanie jeszcze jednej osoby z miną „ja tylko przyszłam zobaczyć” mogłoby skończyć się sanatoryjną komisją śledczą, trzema plotkami na korytarzu i awanturą o krzesło przy stoliku.
Mateusz Glen w „Boże, Beata!” zabrał mnie do Ciechocinka, gdzie miało być zdrowotnie, wypoczynkowo i kulturalnie, a wyszło — jak to w życiu — podejrzanie, głośno i bardzo zabawnie. Bo kiedy Ta Jedna Ciotka jedzie do sanatorium, to człowiek już wie, że cisza nocna będzie tylko teorią, a odpoczynek zostanie przesunięty na bliżej nieokreślony termin.
I powiem tak: ja tam nie chcę nikogo podpuszczać, ale tę aferkę zdecydowanie warto poznać.
Tytuł: Boże, Beata!
Seria: TA JEDNA CIOTKA (tom 1)
Ilość stron: 320
Wydawnictwo: Znak JednymSłowem
Cena: okładkowa 49,90 zł, natomiast na empik.com znajdziecie ją już za 29,98 zł.
"Nie zawsze warto trzymać emocje w sobie, toć wtedy człowieka niszczy od środka."
Są takie książki, które człowiek bierze do ręki z myślą: „No dobrze, zobaczymy, co tam się będzie działo”, a potem nagle orientuje się, że śmieje się do kartek jak osoba, którą rodzina powinna już dyskretnie zapytać, czy wszystko w porządku. I ja właśnie tak miałam z książką Mateusza Glena „Boże, Beata!”. Usiadłam tylko na chwilę, tylko zerknąć, tylko poczytać troszeczkę — a potem proszę bardzo, sanatorium, Ciechocinek, Ciotka, Beata, Tadek, Ruda i ja już byłam w tej historii cała. Jak kuracjuszka po pierwszym zabiegu: niby spokojnie, a jednak coś mnie ciągnęło dalej.
Główna bohaterka, czyli Ta Jedna Ciotka, jedzie do sanatorium w Ciechocinku. No i wiadomo, człowiek by pomyślał: odpoczynek, wody lecznicze, spacery, może jakiś dancing, najwyżej herbata z cytryną i narzekanie na ciśnienie. Ale nie. Oczywiście, że nie. Bo tam, gdzie pojawia się Ciotka, tam spokój może sobie co najwyżej usiąść na ławeczce i poczekać, aż przejdzie zamieszanie.
Zamiast leniwego turnusu dostajemy historię pełną podejrzeń, ploteczek, dziwnych sytuacji i takiego uroczego chaosu, który sprawia, że człowiek przewraca strony z miną: „No nie wierzę… ale mów dalej”. Ciotka oczywiście nie prowadzi żadnego śledztwa. Skądże znowu. Ona tylko zauważa. Ona tylko pyta. Ona tylko łączy fakty. Ona tylko przypadkiem jest wszędzie tam, gdzie coś się dzieje. A że przy okazji potrafi rozpracować pół sanatorium? No trudno, takie są konsekwencje bycia osobą spostrzegawczą.
Największą przyjemnością tej książki jest język. Mateusz Glen stworzył bohaterkę, która mówi tak, że ja ją po prostu słyszałam. Te wszystkie dygresje, komentarze, przeskoki myślowe, dramatyczne reakcje i zdania, które idą w jedną stronę, po drodze skręcają, zahaczają o sąsiadkę, rodzinę, pogodę i dopiero potem wracają do tematu — to jest absolutnie cudowne. Humor nie jest tu doklejony na siłę. On wynika z postaci, z sytuacji i z tej cudownie ciotkowej logiki, według której człowiek nie plotkuje, tylko przekazuje ważne informacje społeczne.
Bardzo podobało mi się też to, że „Boże, Beata!” nie jest jedynie zbiorem zabawnych scenek. Owszem, śmiechu jest tu dużo, i to takiego, że można parsknąć w najmniej odpowiednim momencie, ale pod spodem mamy normalnie poprowadzoną fabułę. Jest tajemnica, są podejrzane interesy, są sanatoryjni bohaterowie, którzy każdy swoje wiedzą, każdy swoje ukrywa i każdy oczywiście twierdzi, że on to tylko przyszedł na zabieg.
Ciechocinek w tej książce żyje. Czułam te korytarze, te rozmowy przy stoliku, te sanatoryjne obserwacje, te małe wielkie dramaty, które dla postronnego człowieka może i są niczym, ale dla uczestników turnusu urastają do rangi wydarzeń międzynarodowych. Do tego Ruda, Tadek, Beata i całe to towarzystwo sprawiają, że akcja ma świetny rytm. Niby lekko, niby z przymrużeniem oka, a jednak ciągle chciałam wiedzieć, co będzie dalej.
Najbardziej ujęło mnie jednak to, że pod warstwą komedii znalazło się też trochę prawdy o ludziach. O tym, że czasem łatwo uwierzyć w obietnice cudownych rozwiązań. O tym, że każdy ma swoje słabości, kompleksy i potrzeby. O tym, że samotność, pragnienie uwagi czy chęć bycia zauważonym potrafią zaprowadzić człowieka w różne dziwne miejsca. Autor nie moralizuje, nie wymachuje palcem jak ciotka przy niedzielnym obiedzie, ale między żartami przemyca coś więcej. I ja to bardzo doceniłam.
„Boże, Beata!” to książka, przy której naprawdę dobrze się bawiłam. Jest lekka, błyskotliwa, swojska, pełna charakteru i takiego humoru, który od razu poprawia nastrój. To idealna lektura na gorszy dzień, na wieczór pod kocem, na podróż albo na moment, kiedy człowiek chce odpocząć od powagi świata, ale nie chce rezygnować z dobrze opowiedzianej historii.
Ja tę książkę przeczytałam z ogromną przyjemnością. Bawiłam się znakomicie, polubiłam Ciotkę od pierwszych jej komentarzy i z wielką chęcią weszłam w ten sanatoryjny świat, w którym każdy coś wie, nikt nic nie mówi wprost, a Beata — no cóż — Beata swoje usłyszy.
Po lekturze zostałam z jednym podstawowym wnioskiem: z taką Ciotką można jechać do sanatorium, na wakacje, na wesele i nawet do urzędu, bo człowiek może nie odpocznie, ale na pewno będzie miał o czym opowiadać.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Każdy czytelnik patrzy na książkę przez własny pryzmat. Jeśli masz ochotę, podziel się swoim spojrzeniem – jestem bardzo ciekawa! :)