16 października 2026

263 | "Póki ślub nas nie rozłączy" - Vi Keeland | Kiedy miłość komplikuje wszystko

Ślub miał być początkiem szczęśliwego życia, a dla Sloane stał się wspomnieniem, którego zdecydowanie nie chce powtarzać. Los najwyraźniej ma jednak inne plany, bo na jej drodze pojawia się Wilder – mężczyzna, który może skutecznie namieszać nie tylko w jej zawodowym, ale i prywatnym życiu.

„Póki ślub nas nie rozłączy” Vi Keeland zabrało mnie w historię pełną chemii, przekomarzania i emocji, ale też pytań o to, czy po bolesnych doświadczeniach można jeszcze raz zaufać drugiej osobie. Jak wypadło moje spotkanie ze Sloane i Wilderem?



Autor: Vi Keeland.
Tytuł: Póki ślub nas nie rozłączy
Wydawnictwo: Papierowe Serca
Ilość stron: 392
Cena: na empik.com znajdziecie ją już za 31,99 zł.

Sięgając po „Póki ślub nas nie rozłączy”, spodziewałam się przede wszystkim lekkiego romansu, przy którym będę mogła odpocząć od bardziej wymagających historii. I dokładnie to dostałam, choć z czasem okazało się, że za całą tą ślubną otoczką kryje się trochę więcej emocji, niż początkowo zakładałam.

Sloane Carrick zawodowo zajmuje się ślubami, choć prywatnie ma z nimi zdecydowanie mniej przyjemne skojarzenia. Została porzucona przed ołtarzem, a później życie postanowiło zaserwować jej sporą ironię – zamiast uciec od ślubnych historii, jeszcze mocniej wciągnęło ją w ich świat. Kiedy podczas jednej z uroczystości poznaje Wildera Hayesa, między tą dwójką od razu pojawia się napięcie. Problem w tym, że na jednym spotkaniu się nie kończy, a przypadek sprawia, że ich drogi zaczynają przecinać się również zawodowo.

Najbardziej podobało mi się w tej historii to, że Sloane nie została przedstawiona wyłącznie jako kobieta po przejściach, która potrzebuje nowej miłości, żeby wszystko w jej życiu znowu nabrało sensu. Jej doświadczenia rzeczywiście wpłynęły na sposób, w jaki patrzy na związki, ale nie odebrały jej charakteru. Jest konkretna, momentami uparta, potrafi postawić na swoim i nie daje się tak łatwo przekonać Wilderowi. Dzięki temu ich relacja nie rozwija się zupełnie bez przeszkód, mimo że od początku można wyczuć wzajemne przyciąganie.

Wilder z kolei początkowo może sprawiać wrażenie bohatera, którego już gdzieś widziałyśmy. Pewny siebie, bezpośredni, świadomy własnego uroku i raczej niechętny poważnym deklaracjom. Im więcej jednak czasu spędzałam z nim i Sloane, tym bardziej miałam wrażenie, że pod tą pewnością siebie kryje się człowiek, który również ma swoje lęki i powody, dla których trzyma innych na dystans. To właśnie stopniowe odkrywanie tych bardziej prywatnych stron bohaterów było dla mnie ciekawsze niż sama romantyczna intryga.

Dużym plusem były dla mnie dialogi. Ich rozmowy potrafiły mnie rozbawić, ale nie miałam też poczucia, że humor został dodany na siłę. Między Sloane i Wilderem jest sporo przekomarzania, zadziorności i tej charakterystycznej chemii, która sprawia, że chce się czytać dalej, nawet jeśli mniej więcej wiadomo, w którym kierunku zmierza cała historia.

I właśnie przewidywalność jest chyba tym elementem, który najbardziej oddziela tę książkę od romansu, który zostaje w głowie na długo. Niektóre wydarzenia można było przewidzieć, a pewne rozwiązania nie były dla mnie większym zaskoczeniem. Nie odebrało mi to jednak przyjemności z lektury. Tym razem nie potrzebowałam historii, która wywróci moje myślenie do góry nogami. Chciałam dobrze spędzić kilka godzin i dać się wciągnąć w cudzą historię. „Póki ślub nas nie rozłączy” spełniło to zadanie.

Doceniłam też to, że za relacją Sloane i Wildera stoi coś więcej niż samo fizyczne przyciąganie. Owszem, namiętności tutaj nie brakuje, ale równie ważne okazują się rozmowy, wzajemne poznawanie się i konfrontowanie z tym, czego oboje właściwie boją się w bliskości.

Podczas czytania miałam przede wszystkim poczucie lekkości. Były momenty, kiedy śmiałam się pod nosem, były też takie, w których bardziej niż kolejne romantyczne wydarzenie interesowało mnie to, czy bohaterowie w końcu przestaną uciekać przed tym, co naprawdę czują. I chyba właśnie ta emocjonalna strona historii została ze mną najdłużej.

Vi Keeland nie próbuje tutaj wymyślać romansu od nowa. Zamiast tego bierze dobrze znane elementy i układa z nich historię, która jest przyjemna, momentami zabawna, trochę pikantna, ale też potrafi przypomnieć, że doświadczenia z przeszłości nie powinny decydować o tym, czy pozwolimy sobie jeszcze raz komuś zaufać.

„Póki ślub nas nie rozłączy” nie jest książką, po której skończeniu długo siedziałam w ciszy i zastanawiałam się nad sensem życia. I wcale tego od niej nie oczekiwałam. Dostałam za to romans, który skutecznie poprawił mi nastrój, dostarczył kilku uśmiechów i pozwolił na moment odłożyć własne sprawy na bok. Czasami właśnie takiej lektury potrzebuję.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy czytelnik patrzy na książkę przez własny pryzmat. Jeśli masz ochotę, podziel się swoim spojrzeniem – jestem bardzo ciekawa! :)