Czasami najtrudniej ochronić nie drugą osobę, ale… własne serce. ❤️
Hannah Brooks zawodowo zajmuje się ochroną innych. Tym razem jednak jej zadanie jest wyjątkowo nietypowe – ma pilnować znanego aktora i jednocześnie udawać jego dziewczynę. Brzmi jak przepis na katastrofę? A może właśnie z takiego układu może wyniknąć coś zupełnie nieplanowanego?
Katherine Center połączyła romans, humor i odrobinę rodzinnych komplikacji, tworząc historię, która miała być przede wszystkim lekką lekturą. Czy rzeczywiście dałam się jej porwać? I czy Hannah zdołała ochronić Jacka, jednocześnie nie gubiąc po drodze samej siebie?
Autor: Katherine Center
Tytuł: Będę twoim bodyguardem
Ilość stron: 352
Wydawnictwo: Wydawnictwo MUZA
Cena: okładkowa 44,90 zł, natomiast na empik.com znajdziecie ją już za 23,99 zł.
"Nie możesz zmusić ludzi, aby cię kochali (...) Ale możesz sam dać miłość światu. Możesz być miłością, której tak pragniesz. Wtedy poczujesz się lepiej. Bo dając miłość innym, dasz ją też sobie."
„Będę twoim bodyguardem” Katherine Center była dla mnie właśnie taką historią.
Pomysł na fabułę od początku wydał mi się ciekawy. Hannah Brooks zawodowo zajmuje się ochroną innych ludzi. Jest skuteczna, opanowana i zdecydowanie nie jest osobą, którą chciałabym przypadkiem zdenerwować. Tym razem jednak jej zadanie okazuje się bardziej skomplikowane, niż mogłoby się wydawać. Ma chronić Jacka Stapletona – znanego aktora, który po rodzinnej tragedii wycofał się z życia publicznego. Problem w tym, że aby ukryć prawdziwy powód obecności Hannah, kobieta musi wcielić się w rolę jego dziewczyny.
I chyba właśnie ten absurd sytuacji sprawił, że tak łatwo weszłam w tę historię.
Bo jak potraktować poważnie kobietę, która potrafi ochronić kogoś przed realnym zagrożeniem, a jednocześnie musi udawać zakochaną przed rodziną swojego klienta?
Czytając, nieraz się uśmiechałam. Niektóre sytuacje były tak niezręczne, że aż zabawne, a dynamika pomiędzy bohaterami sprawiała, że chciałam sprawdzić, jak długo jeszcze uda im się utrzymać granicę pomiędzy tym, co udawane, a tym, co zaczyna być prawdziwe.
I właśnie tutaj pojawia się największy urok tej książki.
To nie jest romans, który od pierwszych stron próbuje przekonać mnie, że oto właśnie poznaję miłość życia bohaterów. Relacja Hannah i Jacka rozwija się trochę na przekór nim samym. Początkowo jest zadaniem. Rolą do odegrania. Koniecznością, której oboje muszą się podporządkować.
A przecież z uczuciami jest trochę tak jak z kłamstwem – im dłużej je podtrzymujemy, tym trudniej pamiętać, gdzie właściwie zaczęła się prawda.
Bardzo podobało mi się to, że Hannah nie została przedstawiona jako typowa bohaterka romansu. Jest silna, ale nie niezniszczalna. Potrafi zadbać o innych, ale sama nie zawsze wie, jak zadbać o siebie. I chyba właśnie ten kontrast najbardziej do mnie przemówił.
Bo można być osobą, na której wszyscy polegają, a jednocześnie w środku czuć się zupełnie zagubioną.
Podczas lektury coraz częściej miałam wrażenie, że zawód Hannah jest trochę metaforą jej życia. Cały czas obserwuje otoczenie, przewiduje zagrożenia, reaguje, kiedy coś zaczyna iść nie tak. Tyle tylko, że w pewnym momencie sama musi nauczyć się przestać funkcjonować wyłącznie w trybie „muszę sobie poradzić”.
I chyba właśnie wtedy historia zaczęła mieć dla mnie większy sens.
Nie oznacza to jednak, że książka była dla mnie pozbawiona wad. Momentami miałam poczucie, że pewne wydarzenia są zbyt łatwe do przewidzenia, a niektóre emocje mogłyby zostać mocniej wybrzmiane. Historia porusza również trudniejsze kwestie – rodzinne doświadczenia, stratę czy chorobę – ale nie zawsze dawała mi przestrzeń, żeby naprawdę mocno się w nich zatrzymać.
I może właśnie tego odrobinę mi zabrakło.
Miałam wrażenie, że autorka momentami stoi jedną nogą w lekkiej komedii romantycznej, a drugą próbuje wejść w bardziej emocjonalną historię. Kiedy jednak liczyłam na to, że zatrzymamy się przy tych trudniejszych uczuciach trochę dłużej, książka ponownie skręcała w stronę humoru i lekkości.
Z jednej strony trochę mnie to rozczarowywało.
Z drugiej – być może właśnie dzięki temu „Będę twoim bodyguardem” pozostała historią, po którą można sięgnąć wtedy, kiedy nie chce się czytać czegoś ciężkiego.
I chyba tego potrzebowałam.
Potrzebowałam książki, przy której nie musiałam się spieszyć z ocenianiem, analizowaniem i zastanawianiem się, co autorka chciała mi powiedzieć. Mogłam po prostu być z Hannah i Jackiem na tym ranczu, obserwować ich kolejne próby odegrania idealnej pary i sprawdzać, kiedy ta cała gra przestanie być tylko grą.
Czy zakochałam się w tej historii? Nie.
Czy zostanie ze mną na długo? Prawdopodobnie również nie.
Ale czy żałuję, że po nią sięgnęłam? Zdecydowanie nie.
„Będę twoim bodyguardem” okazała się dla mnie przyjemną, lekką lekturą, która kilka razy wywołała uśmiech, momentami wzruszyła, a przede wszystkim pozwoliła mi na kilka godzin odciąć się od rzeczywistości.
I chyba najbardziej spodobała mi się myśl, która została ze mną już po zamknięciu książki: że czasami osoby, które najlepiej potrafią chronić innych, najbardziej potrzebują kogoś, kto przypomni im, że same również mają prawo czuć się bezpiecznie.
Nie była to dla mnie książka idealna. Zabrakło mi trochę większej głębi i mocniejszego emocjonalnego uderzenia, ale jednocześnie dostałam historię ciepłą, zabawną i wystarczająco angażującą, żeby z przyjemnością spędzić z nią czas.
A czasami właśnie takich książek potrzebuję najbardziej. Takich, które nie próbują zmienić mojego życia. Po prostu sprawiają, że przez chwilę jest mi trochę lżej.
Nie wszystkie książki muszą być z głębokim sensem. Czasem po prostu warto się pośmiać i odprężyć po ciężkim dniu.
OdpowiedzUsuń