04 września 2026

255 | "Lavender Kiss" - Ludka Skrzydlewska | Nie wszystko da się zaplanować

Małżeństwo z rozsądku miało być prostym układem. Bez wielkich uczuć, bez komplikacji i zdecydowanie bez zakochiwania się. Tylko co zrobić, kiedy serce najwyraźniej nie zamierza przestrzegać żadnych ustalonych zasad? 

„Lavender Kiss” Ludki Skrzydlewskiej zabrało mnie w historię, w której pozornie chłodna kalkulacja zaczyna ustępować miejsca emocjom. Lavender i Alexander szybko przekonali mnie, że nie każdy plan da się zrealizować dokładnie tak, jak został zapisany na papierze.

Czy ich relacja okazała się dla mnie kolejnym romansem opartym na znanym schemacie, czy jednak czymś, co zostawiło we mnie znacznie więcej? O tym opowiadam poniżej. 👇



Autor: Ludka Skrzydlewska
Tytuł: Lavender Kiss
Ilość stron: 512
Wydawnictwo: Niegrzeczne Książki
Cena: na empik.com znajdziecie ją już za 39,13 zł.

Czy można podpisać umowę dotyczącą małżeństwa i jednocześnie założyć, że miłość nie będzie miała w niej absolutnie nic do powiedzenia? Można. Przynajmniej na papierze. Problem zaczyna się wtedy, kiedy życie postanawia zignorować wszystkie zapisane w niej zasady.

Właśnie od tego punktu rozpoczyna się historia Lavender i Alexandra, a ja już po kilku pierwszych rozdziałach wiedziałam, że ta dwójka zdecydowanie nie ułatwi mi spokojnego czytania. Miało być rozsądnie, przewidywalnie i przede wszystkim bez zbędnych emocji. W końcu ich małżeństwo ma konkretny cel. Uczucia nie zostały przewidziane w planie.

Tylko że uczucia wyjątkowo często mają gdzieś nasze plany.

„Lavender Kiss” to romans oparty na motywie, który znamy już całkiem dobrze — aranżowane małżeństwo, różne interesy, rodzinne oczekiwania i dwoje ludzi, którzy początkowo wcale nie zamierzają robić z zawartego układu czegoś więcej. A jednak Ludka Skrzydlewska pokazuje, że nawet przy znanym schemacie można znaleźć przestrzeń na własną historię.

I właśnie ta historia wciągnęła mnie bardziej, niż się spodziewałam.

Lavender od początku zwróciła moją uwagę. Nie jest bohaterką, która bezrefleksyjnie zgadza się na to, co ktoś dla niej zaplanował. Ma własne ambicje, własne zdanie i ogromną potrzebę udowodnienia, że nie potrzebuje niczyjej łaski, żeby osiągnąć sukces. Momentami jej upór potrafił mnie zirytować, ale jednocześnie trudno było mi jej nie kibicować.

Alexander z kolei długo pozostawał dla mnie zagadką. Na pierwszy rzut oka jest dokładnie taki, jakiego można oczekiwać po bohaterze tego typu historii — opanowany, chłodny, pewny siebie i przyzwyczajony do tego, że wszystko odbywa się według jego zasad. Tyle że im więcej odkrywałam, tym wyraźniej widziałam, że ta pewność siebie jest również pewnego rodzaju pancerzem.

I chyba właśnie zdejmowanie tego pancerza podobało mi się najbardziej.

Nie dostałam relacji, w której bohaterowie po kilku stronach nagle odkrywają, że są sobie przeznaczeni. Ich uczucie rozwijało się stopniowo, a ja mogłam obserwować, jak zmienia się sposób, w jaki na siebie patrzą. Najpierw była ostrożność. Później zainteresowanie. Coraz większa bliskość. I wreszcie ten moment, kiedy trudno już udawać, że druga osoba jest tylko częścią zawartego wcześniej układu.

Bardzo lubię właśnie takie romanse.

Nie dlatego, że lubię czekać na moment, w którym bohaterowie wreszcie się pocałują czy wyznają sobie uczucia. Lubię je dlatego, że mogę obserwować proces. To, jak dwoje obcych sobie ludzi zaczyna się poznawać. Jak pierwsze uprzedzenia ustępują miejsca ciekawości. Jak pojawia się zaufanie. Jak ktoś, kto początkowo miał być tylko elementem planu, zaczyna stawać się najważniejszą osobą w życiu drugiego człowieka.

W przypadku Lavender i Alexandra szczególnie mocno wybrzmiała dla mnie kwestia kontroli. Oboje próbują w pewien sposób panować nad sytuacją, nad własnymi decyzjami, a przede wszystkim nad tym, co czują. I trudno się dziwić — dopuszczenie do siebie drugiej osoby oznacza przecież również ryzyko zranienia.

A przecież znacznie łatwiej jest powiedzieć sobie „to tylko układ”, niż przyznać: „zaczyna mi zależeć”.

I właśnie tutaj „Lavender Kiss” przestało być dla mnie wyłącznie lekkim romansem. Oczywiście, dostałam historię pełną chemii, napięcia i momentów, które wywoływały u mnie szeroki uśmiech. Były też sceny, przy których przewracałam oczami i miałam ochotę powiedzieć bohaterom, żeby wreszcie przestali komplikować sobie życie. Ale pod tym wszystkim znalazło się coś jeszcze — opowieść o potrzebie akceptacji, zaufaniu i strachu przed utratą kontroli.

Kilka razy podczas lektury łapałam się na tym, że zastanawiam się, ile decyzji podejmujemy dlatego, że naprawdę ich chcemy, a ile dlatego, że wydają nam się najbezpieczniejsze. Alexander i Lavender pokazują, że można bardzo długo przekonywać samą siebie, że ma się wszystko pod kontrolą. Można ustalać zasady i granice. Można nawet próbować zaplanować własne małżeństwo.

Nie można jednak zaplanować tego, co zrobi z nami drugi człowiek. I chyba właśnie dlatego tak dobrze bawiłam się podczas tej lektury.

Nie będę udawać, że nie znam podobnych historii. Znam. Motyw aranżowanego małżeństwa pojawia się w romansach bardzo często. Ale dla mnie nigdy nie chodzi wyłącznie o oryginalność samego tropu. Liczy się sposób jego wykorzystania, bohaterowie i emocje, które potrafi wywołać we mnie dana historia.

A „Lavender Kiss” wywołało ich naprawdę sporo.

Było zauroczenie. Było rozbawienie. Było napięcie i irytacja. Były momenty, w których chciałam potrząsnąć bohaterami, żeby wreszcie powiedzieli sobie to, co oboje doskonale wiedzieli. Było też wzruszenie i to przyjemne poczucie, że obserwuję coś, co z początkowo chłodnego układu powoli zmienia się w prawdziwą relację.

Najbardziej jednak zostało ze mną pytanie, które pojawiało się gdzieś pomiędzy kolejnymi rozdziałami: czy naprawdę można uchronić się przed zranieniem, jeśli z góry postanowi się nie angażować?

Chciałabym powiedzieć, że tak. Ale chyba wszyscy wiemy, jak kończą się takie próby. Serce zdecydowanie nie należy do najbardziej posłusznych organów. 😉

„Lavender Kiss” dało mi dokładnie to, czego oczekuję od dobrego romansu — emocje, zaangażowanie w losy bohaterów, relację, której chciałam kibicować, oraz historię, przy której nie patrzyłam nerwowo na liczbę pozostałych stron.

A kiedy dotarłam do końca, miałam po prostu poczucie, że to była naprawdę dobrze spędzona z książką chwila.

Czy polecam? Zdecydowanie.

Jeżeli lubicie historie o aranżowanych małżeństwach, relacjach zaczynających się od układu, bohaterach, którzy zdecydowanie za długo próbują przekonać samych siebie, że nic nie czują, i romansach, w których emocje mają równie duże znaczenie jak sama fabuła — koniecznie dajcie „Lavender Kiss” szansę. Ja tę książkę zdecydowanie będę wspominać z uśmiechem. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy czytelnik patrzy na książkę przez własny pryzmat. Jeśli masz ochotę, podziel się swoim spojrzeniem – jestem bardzo ciekawa! :)