Po „Co za bałagan” sięgnęłam z dużą ciekawością, bo Lynn Painter zdążyła już niejednokrotnie pokazać mi, że potrafi połączyć romantyczną historię z dużą dawką humoru i bohaterami, których trudno szybko wyrzucić z głowy. Tym razem również nie zabrakło nieporozumień, zaskakujących zwrotów akcji i relacji, która zdecydowanie nie zaczyna się w najbardziej oczywisty sposób.
Czy ta książka ponownie skradła moje czytelnicze serce? Zapraszam na recenzję!
Autor: Lynn PainterTytuł: Co za bałagan
Ilość stron: 338
Wydawnictwo: Bliss
Cena: na empik.com znajdziecie ją już za 33,37 zł.
Nie wiem, co było większym bałaganem – życie Abi czy moje myśli po skończeniu tej książki. 😅 Lynn Painter po raz kolejny udowodniła mi, że potrafi stworzyć historię, która z jednej strony jest pełna absurdu i sytuacji, przy których trudno powstrzymać śmiech, a z drugiej przemyca znacznie więcej emocji, niż można się początkowo spodziewać.
„Co za bałagan” wciągnęło mnie przede wszystkim swoją lekkością. Nie musiałam długo zastanawiać się, czy polubię tę historię – wystarczyło kilka pierwszych rozdziałów, żebym poczuła, że czeka mnie kilka naprawdę przyjemnych godzin. A im bardziej Abi i Declan próbowali przekonać siebie oraz innych, że wszystko mają pod kontrolą, tym bardziej ja byłam przekonana, że absolutnie niczego nie mają pod kontrolą. I chyba właśnie w tym tkwi największy urok tej książki.
Abi Mariano zdecydowanie nie może powiedzieć, że życie ją rozpieszcza. Studia, praca i nieustanne zmaganie się z pieniędzmi sprawiają, że dziewczyna funkcjonuje właściwie na najwyższych obrotach. Kiedy problemy mieszkaniowe zmuszają ją do podjęcia dość nietypowej decyzji, trafia do luksusowego apartamentu należącego do jednego ze swoich klientów. Wydawałoby się, że to rozwiązanie idealne. Do czasu, aż pojawiają się rodzice właściciela mieszkania.
I wtedy niewinna sytuacja zaczyna wymykać się spod kontroli.
Na jej drodze pojawia się również Declan – mężczyzna, który zdecydowanie nie jest kimś, z kim Abi chciałaby mieć do czynienia. Ich pierwsze spotkania nie należą do najbardziej udanych, a wzajemne uprzedzenia sprawiają, że trudno im znaleźć wspólny język. Tyle że czasami życie ma własny plan i najwyraźniej uznało, że tych dwoje powinno spędzić ze sobą zdecydowanie więcej czasu, niż którekolwiek z nich sobie życzy.
I właśnie relacja Abi i Declana była dla mnie jednym z największych atutów tej historii.
Uwielbiam romanse, w których uczucie nie pojawia się znikąd, a bohaterowie potrzebują czasu, żeby naprawdę zacząć siebie zauważać. Tutaj również nie wszystko dzieje się od razu. Początkowa irytacja, wzajemne docinki i nieporozumienia stopniowo zaczynają ustępować miejsca ciekawości, zainteresowaniu, a później emocjom, których nie da się już tak łatwo ukryć.
Czytając, wielokrotnie miałam ochotę powiedzieć im: „po prostu porozmawiajcie ze sobą!”. Oczywiście żadne z nich nie zamierzało mnie słuchać. 😅 I może właśnie dlatego tak dobrze obserwowało mi się ich relację.
Lynn Painter bardzo sprawnie łączy tutaj humor z romantyczną historią. Absurdalne sytuacje przeplatają się z momentami bardziej emocjonalnymi, dzięki czemu książka nie jest wyłącznie lekką komedią romantyczną. Pod warstwą żartów i całego tego zamieszania można znaleźć również bohaterów, którzy mają swoje problemy, obawy i rzeczy, z którymi próbują sobie poradzić.
Szczególnie polubiłam Abi. Jest zdeterminowana, samodzielna i potrafi walczyć o siebie, ale jednocześnie nie jest pozbawiona słabości. Podobało mi się to, że za jej energią i humorem można dostrzec dziewczynę, która jest po prostu zmęczona ciągłym radzeniem sobie ze wszystkim. Momentami miałam wrażenie, że jej największym problemem nie jest nawet brak pieniędzy czy mieszkaniowe komplikacje, ale przekonanie, że wszystko musi zrobić sama.
Declan z kolei początkowo może sprawiać wrażenie człowieka, którego bardzo łatwo zaszufladkować. Ambitny, poukładany, przyzwyczajony do własnych zasad i życia, nad którym ma kontrolę. Im bardziej jednak poznawałam go razem z Abi, tym wyraźniej widziałam, że pierwsze wrażenie potrafi być bardzo mylące.
I chyba właśnie to podobało mi się najbardziej – możliwość stopniowego odkrywania, co kryje się za tym, jak bohaterowie chcą być postrzegani.
„Co za bałagan” jest przy tym książką, do której trzeba podejść z pewnym dystansem. Nie wszystkie wydarzenia wydawały mi się równie prawdopodobne, a niektóre sytuacje były tak absurdalne, że pozostawało mi tylko się uśmiechnąć i czytać dalej. Ale tym razem zupełnie mi to nie przeszkadzało.
Wręcz przeciwnie.
Miałam wrażenie, że właśnie tego potrzebowałam – historii, przy której nie będę analizowała każdego szczegółu, tylko pozwolę sobie odpocząć. Czytałam ją z poczuciem, że mogę na kilka godzin odłożyć codzienne problemy i zanurzyć się w cudzym chaosie, który – co ciekawe – okazał się całkiem przyjemnym miejscem.
Jednocześnie książka skłoniła mnie do pewnej refleksji. Jak często sami próbujemy kontrolować wszystko, co dzieje się wokół nas? Jak często wmawiamy sobie, że jakaś relacja, sytuacja czy uczucie ma jasno określone zasady, bo wtedy łatwiej nam się w tym wszystkim odnaleźć? A co się dzieje, kiedy rzeczywistość zaczyna tych zasad nie przestrzegać?
Abi i Declan przekonują się o tym na własnej skórze.
Bo można ustalić reguły, można stworzyć plan i można próbować wmówić sobie, że dokładnie wiadomo, dokąd wszystko zmierza. Tylko że z uczuciami nie zawsze da się negocjować. Czasami pojawiają się właśnie wtedy, kiedy absolutnie nie powinny.
I chyba dlatego tytułowe „co za bałagan” pasuje tutaj idealnie.
To historia o chaosie, który początkowo wydaje się problemem, ale z czasem zaczyna być czymś, czego wcale nie chce się już uporządkować. O przypadkowych decyzjach, które prowadzą do nieprzypadkowych spotkań. O ludziach, którzy próbują udawać, że niczego nie czują, podczas gdy wszystko wokół mówi coś zupełnie innego.
Podczas lektury śmiałam się, irytowałam na bohaterów, momentami miałam ochotę nimi potrząsnąć, a innym razem po prostu cieszyłam się ich szczęściem. I właśnie takiej mieszanki emocji oczekuję od dobrej komedii romantycznej.
Nie uważam „Co za bałagan” za książkę idealną. Niektóre rozwiązania wymagały ode mnie przymrużenia oka, a całość momentami była zdecydowanie bardziej bajkowa niż realistyczna. Ale czy każda historia musi być idealnie prawdopodobna, żeby sprawić czytelniczce przyjemność?
Chyba nie.
Czasami książka ma po prostu poprawić humor, pozwolić się uśmiechnąć i przypomnieć, że nawet największy chaos może doprowadzić nas w miejsce, do którego wcale nie planowaliśmy trafić.
A ja z tego bałaganu wyszłam zdecydowanie zadowolona.
Lynn Painter po raz kolejny dała mi historię lekką, zabawną i romantyczną, ale jednocześnie taką, w której znalazło się miejsce na emocje i kilka bardziej refleksyjnych momentów. I choć po zamknięciu książki nie miałam poczucia, że właśnie przeczytałam historię, która zmieniła moje życie, miałam coś znacznie prostszego – uśmiech i poczucie, że naprawdę dobrze spędziłam z nią czas.
A czasami właśnie tego oczekuję od książki najbardziej.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Każdy czytelnik patrzy na książkę przez własny pryzmat. Jeśli masz ochotę, podziel się swoim spojrzeniem – jestem bardzo ciekawa! :)