Czasem warto złamać własne zasady…
Po książki T.L. Swan sięgam z pewnym oczekiwaniem, bo wiem, że mogę liczyć na emocje, chemię między bohaterami i historię, przy której trudno się nudzić. Tym razem przyszedł czas na „Moje zasady” – kolejny romans z serii „Kingston Lane”, który zabrał mnie w świat uczuć, przyjaźni i granic, które czasami okazują się zdecydowanie bardziej płynne, niż początkowo mogłoby się wydawać.
Czy tym razem autorka ponownie mnie kupiła? O tym kilka słów w dzisiejszej recenzji.
Ilość stron: 489
Seria: Kingston Lane (tom 2)
Wydawnictwo: Wydawnictwo NieZwykłe
Cena: okładkowa 55,90 zł, natomiast na empik.com znajdziecie ją już za 36,99 zł.
Są takie historie, w których od samego początku wiadomo, że przyjaźń między dwojgiem ludzi jest tylko pozornie przyjaźnią. Pod powierzchnią kryje się coś znacznie większego, czego bohaterowie za wszelką cenę próbują nie zauważać. A kiedy dodatkowo jedno z nich jest przekonanym o swojej nieuleczalnej wolności kobieciarzem, a drugie próbuje poukładać sobie życie po niezbyt przyjemnych doświadczeniach, można być pewnym, że spokojnie raczej nie będzie. Właśnie taką historię stworzyła T.L. Swan w drugim tomie serii „Kingston Lane” – „Moje zasady”.
Tym razem poznajemy bliżej Rebeccę, która po zakończeniu małżeństwa i serii wyjątkowo nieudanych randek próbuje na nowo odnaleźć się w świecie singielek. Zamiast kolejny raz pakować się w relację z niewłaściwym mężczyzną, postanawia podejść do sprawy metodycznie. Powstaje lista zasad, która ma pomóc jej uniknąć kolejnych rozczarowań. Problem w tym, że osobą, która ma jej w tym pomóc, zostaje Blake Grayson – jej sąsiad, przyjaciel i mężczyzna, który zdecydowanie nie jest najlepszym przykładem stabilności uczuciowej.
I właśnie relacja tej dwójki jest dla mnie największą siłą tej historii.
Rebecca i Blake mają między sobą tę specyficzną swobodę, którą można osiągnąć tylko wtedy, gdy zna się drugą osobę naprawdę dobrze. Nie muszą niczego udawać, potrafią się ze sobą droczyć, rozmawiać o wszystkim i przede wszystkim – świetnie się razem bawić. Ich relacja nie zaczyna się od wielkiego romantycznego olśnienia. To raczej powolne odkrywanie, że człowiek, który przez cały czas był obok, może nagle zacząć być postrzegany zupełnie inaczej.
Bardzo podobało mi się to, jak autorka wykorzystała motyw friends to lovers. Nie mam tutaj wrażenia, że uczucia pojawiają się znikąd. Wręcz przeciwnie – obserwowałam kolejne sytuacje, drobne gesty, rozmowy i momenty zazdrości, zastanawiając się, jak długo bohaterowie będą jeszcze udawać przed sobą, że między nimi nic się nie dzieje.
A Blake? Cóż… to jeden z tych bohaterów, przy których jednocześnie można przewracać oczami i uśmiechać się pod nosem. 😅 Z jednej strony jest pewny siebie, czarujący i przyzwyczajony do zainteresowania kobiet. Z drugiej – w jego relacji z Rebeccą pojawia się zupełnie inna twarz. Widać, że ta kobieta zajmuje w jego życiu szczególne miejsce, nawet jeśli on sam długo nie chce tego przed sobą przyznać.
I właśnie ta jego wewnętrzna walka była dla mnie jednym z ciekawszych elementów książki. Blake może być irytujący, momentami wręcz działać na nerwy, ale trudno odmówić mu charakteru. Nie został napisany jako idealny książkowy książę. Ma swoje wady, popełnia błędy i podejmuje decyzje, które nie zawsze da się łatwo usprawiedliwić. Dzięki temu jednak znacznie łatwiej było mi uwierzyć w jego emocje.
Rebecca również nie jest bohaterką, która bezrefleksyjnie rzuca się w nową relację. Ma za sobą doświadczenia, które sprawiły, że ostrożniej podchodzi do uczuć i mężczyzn. Z jednej strony pragnie bliskości, z drugiej – bardzo chce zachować kontrolę nad własnym życiem. I chyba właśnie dlatego jej „zasady” wydają się tak potrzebne… przynajmniej dopóki serce nie postanowi zrobić czegoś zupełnie innego.
T.L. Swan po raz kolejny udowadnia też, że potrafi połączyć romans z dużą dawką humoru. W książce nie brakuje zabawnych dialogów, przekomarzanek i sytuacji, które wywoływały u mnie uśmiech. Szczególnie dobrze wypadają sceny, w których Rebecca i Blake są po prostu sobą. To właśnie wtedy najbardziej było czuć ich chemię.
Nie oznacza to jednak, że wszystko w tej historii kupiłam bez zastrzeżeń. Momentami miałam ochotę potrząsnąć bohaterami i powiedzieć im, żeby w końcu ze sobą porozmawiali. Niektóre problemy mogłyby prawdopodobnie zniknąć zdecydowanie szybciej, gdyby zamiast domysłów i unikania trudnych tematów pojawiła się szczera rozmowa. Były też momenty, w których emocjonalne komplikowanie sytuacji wydawało mi się trochę przeciągnięte.
Mimo tego nie mogę powiedzieć, że książka mnie nie wciągnęła. Wręcz przeciwnie. „Moje zasady” to jedna z tych historii, przy których chciałam sprawdzić, co wydarzy się dalej, nawet jeśli chwilami doskonale wiedziałam, w którym kierunku zmierza fabuła.
Podobało mi się również to, że Kingston Lane po raz kolejny okazuje się miejscem, w którym życie mieszkańców potrafi dostarczyć zdecydowanie więcej emocji niż niejeden serial. T.L. Swan buduje tutaj nie tylko historię konkretnej pary, ale również atmosferę społeczności, w której bohaterowie są ze sobą powiązani, obserwują swoje losy i w pewien sposób uczestniczą w ich codzienności.
„Moje zasady” nie jest dla mnie romansem, który próbuje wymyślić gatunek na nowo. I chyba wcale nie musi nim być. To przede wszystkim historia o tym, że czasami możemy stworzyć sobie setki reguł dotyczących tego, kogo powinniśmy kochać, jak powinna wyglądać relacja i przed czym musimy się chronić. Tylko że uczucia bardzo często mają własny plan.
Tę książkę czytałam przede wszystkim dla relacji Rebecci i Blake’a. Dla ich rozmów, drobnych gestów, wzajemnego przyciągania, humoru i tego charakterystycznego napięcia, które pojawia się wtedy, gdy dwoje przyjaciół zaczyna zauważać, że granica między przyjaźnią a czymś znacznie głębszym dawno została przekroczona.
Czy wszystkie zasady da się utrzymać, kiedy do głosu dochodzą prawdziwe uczucia? Rebecca chciała stworzyć listę, która ochroni ją przed kolejnym rozczarowaniem. Tyle tylko, że nie przewidziała jednej rzeczy – że największym zagrożeniem dla jej zasad okaże się mężczyzna, który od dawna stoi tuż obok.
I chyba właśnie dlatego „Moje zasady” okazały się dla mnie tak przyjemną lekturą. ❤️
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Każdy czytelnik patrzy na książkę przez własny pryzmat. Jeśli masz ochotę, podziel się swoim spojrzeniem – jestem bardzo ciekawa! :)