Nie każda opowieść potrzebuje setek stron, by przyciągnąć uwagę. Czasem wystarczy kilkadziesiąt, by zabrać czytelniczkę w świat pełen pasji, ambicji i nieoczekiwanych spotkań. Dziś przyglądam się „Walecznym sercom” Ewy Maciejczuk — zaledwie 33 stronom, które skrywają własną historię.
Tytuł: Waleczne serca
Ilość stron: 33
Wydawnictwo: Motyle w nosie
Cena: na stronie wydawnictwa znajdziecie e-book już za 15 zł.
Sięgając po „Waleczne serca” Ewy Maciejczuk, wiedziałam, że mam przed sobą bardzo krótką lekturę – opowiadanie liczące zaledwie 33 strony. Sama niewielka objętość nie jest dla mnie problemem. Krótkie formy potrafią przecież zostawić po sobie sporo emocji, a czasem nawet skłonić do refleksji bardziej niż obszerne powieści. W tym przypadku zabrakło mi jednak właśnie tego mocniejszego zaangażowania.
Punktem wyjścia jest Malwina – młoda kobieta związana ze światem koni i jeździectwa, ambitna, uparta i niezbyt łatwa we współpracy. Na jej drodze pojawia się Dominik, trener, który nie zamierza traktować jej ulgowo. Zderzenie dwóch silnych charakterów mogło stworzyć naprawdę ciekawą podstawę dla lekkiej historii romantycznej, zwłaszcza w tak nietypowym dla mnie otoczeniu.
I właśnie pomysł jest tym elementem, który oceniam najlepiej.
Połączenie jeździectwa, ambicji, rywalizacji charakterów i rodzącej się relacji ma w sobie coś interesującego. Widać, że autorka miała określoną wizję i wiedziała, w jakim kierunku chce poprowadzić swoich bohaterów. Niestety, podczas lektury coraz mocniej miałam wrażenie, że zabrakło miejsca, aby ten zamysł odpowiednio rozwinąć.
Wszystko dzieje się bardzo szybko. Poszczególne wydarzenia następują po sobie niemal bez zatrzymania, przez co nie miałam okazji naprawdę oswoić się z bohaterami. Zabrakło mi czasu na poznanie ich charakterów, motywacji i emocji. Szczególnie relacja Malwiny i Dominika mogłaby zyskać na spokojniejszym tempie. Przy takim zestawieniu osobowości chciałoby się zobaczyć więcej ich wzajemnych reakcji, nie tylko kolejne etapy szybko posuwającej się fabuły.
I tutaj pojawia się druga kwestia, która miała dla mnie znaczenie – warsztat literacki.
Język jest prosty i komunikatywny, dzięki czemu opowiadanie czyta się szybko. Jednocześnie miałam poczucie, że tekst wymagałby jeszcze dopracowania. Chwilami narracja wydawała mi się zbyt skrótowa, a niektóre sceny i dialogi nie wybrzmiewały tak mocno, jak mogłyby. Brakowało mi większej płynności i subtelniejszego budowania napięcia. W tak krótkim utworze szczególnie ważne jest, aby każde wydarzenie i każda scena miały swoje uzasadnienie oraz budowały kolejne warstwy opowieści. Tutaj momentami miałam wrażenie, że autorce zabrakło przestrzeni, by zrobić to w pełni.
Nie uważam jednak, że rozwiązaniem byłoby po prostu „dopisać kilka stron”. Chodzi raczej o to, że przy obecnej formie poszczególne elementy nie dostały wystarczająco dużo czasu, by naprawdę zadziałać. Bohaterowie pojawiają się, wydarzenia nabierają tempa i zanim zdążyłam się w nie mocniej zaangażować, opowiadanie dobiega końca.
Dlatego po przeczytaniu „Walecznych serc” zostało we mnie przede wszystkim poczucie, że pomysł miał większe możliwości, niż udało się tutaj wykorzystać. Nie mam problemu z tym, że jest to krótka forma – mam natomiast wrażenie, że sposób jej poprowadzenia nie pozwolił jej w pełni rozwinąć skrzydeł.
Nie była to dla mnie lektura, która całkowicie mnie porwała, ale nie powiedziałabym też, że nie znalazłam w niej nic dla siebie. Doceniam sam koncept i kierunek, w którym autorka zdecydowała się pójść. Wierzę też, że przy większym doświadczeniu i dalszym rozwijaniu warsztatu Ewa Maciejczuk może jeszcze stworzyć historię, w której podobny pomysł zostanie znacznie mocniej wykorzystany.
„Waleczne serca” zostawiły mnie więc z myślą, że nie każda dobra koncepcja od razu staje się dobrą opowieścią. Czasami potrzeba jeszcze odpowiedniego tempa, warsztatu i umiejętności wydobycia z pomysłu tego, co najciekawsze. Tutaj tego balansu trochę mi zabrakło.
Na koniec dziękuję Ewie Maciejczuk za przesłanie mi „Walecznych serc” i możliwość poznania jej twórczości w ramach współpracy recenzenckiej. Cieszę się, że mogłam sięgnąć po tę publikację i spojrzeć na nią z własnej perspektywy, dzieląc się z Wami zarówno tym, co uznałam za interesujące, jak i tym, co pozostawiło mnie z pewnym niedosytem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Każdy czytelnik patrzy na książkę przez własny pryzmat. Jeśli masz ochotę, podziel się swoim spojrzeniem – jestem bardzo ciekawa! :)