10 września 2026

258 | "... i wtedy cię poznałem" - K. Bromberg | Czasami wystarczy jedno spotkanie

Niektóre książki trafiają na bloga niemal od razu po przeczytaniu, a inne… muszą trochę poczekać.  „...i wtedy cię poznałem” K. Bromberg należy właśnie do tej drugiej grupy. Czytałam tę historię już jakiś czas temu, ale najwyraźniej potrzebowałam trochę więcej czasu, żeby zebrać myśli i zdecydować, co właściwie najbardziej w niej zapamiętałam.

A pamiętam przede wszystkim Tatum i Jacka – dwoje ludzi, którzy zdecydowanie nie zaczynają swojej znajomości od wielkiej sympatii. Ich relacja dostarczyła mi zarówno kilku powodów do uśmiechu, jak i momentów, w których miałam ochotę powiedzieć bohaterom: „naprawdę?”. 

Dzisiaj wracam więc do tej historii i sprawdzam, co zostało ze mną po czasie. Czy „...i wtedy cię poznałem” nadal wywołuje we mnie te same emocje? 



Autor: K. Bromberg
Tytuł: "... i wtedy cię poznałem"
Ilość stron: 416
Wydawnictwo: Editio
Cena: na empik.com znajdziecie e-book za 44,90 zł
"O wiele łatwiej jest kochać mimo nienawiści, niż nienawidzić mimo miłości."

Nie będę ukrywać – po „...i wtedy cię poznałem” sięgnęłam przede wszystkim z ciekawości. K. Bromberg kojarzy mi się z romansami, w których relacja między bohaterami potrafi dostarczyć sporej dawki emocji, więc liczyłam na historię, która nie skończy się wyłącznie na przewidywalnym „poznali się, pokłócili, zakochali”.

I chyba właśnie dlatego najbardziej podobało mi się to, że Jack i Tatum nie próbują od razu się polubić. Wręcz przeciwnie.

Ich pierwsze spotkania mają w sobie więcej irytacji niż romantyzmu, a każde z nich ma własny pomysł na to, jak powinno wyglądać jego życie. Jack trafia na ranczo Tatum z konkretnym zadaniem, natomiast ona zdecydowanie nie zamierza ułatwiać mu pobytu. Szczególnie że ranczo nie jest dla niej zwykłym miejscem, które można po prostu sprzedać, porzucić czy oddać w cudze ręce. To część jej życia, za którą jest gotowa walczyć.

I chyba właśnie Tatum najbardziej przyciągnęła moją uwagę.

Nie zawsze ją rozumiałam. Nie ze wszystkimi jej decyzjami było mi po drodze i kilka razy miałam ochotę powiedzieć jej, żeby po prostu przestała wszystko komplikować. Ale jednocześnie trudno było mi się na nią złościć, kiedy coraz lepiej poznawałam jej historię. To jedna z tych bohaterek, które zdecydowanie nie potrzebują ratunku w postaci księcia na białym koniu. Ona przede wszystkim potrzebuje kogoś, kto pozwoli jej samej zdecydować, kiedy będzie gotowa uchylić drzwi, które przez lata tak skutecznie zamykała.

Jack z kolei początkowo nie zrobił na mnie najlepszego pierwszego wrażenia. Miał w sobie dokładnie tę pewność siebie, która w romansach potrafi jednocześnie bawić i irytować. Z czasem jednak zaczęłam dostrzegać w nim znacznie więcej. Szczególnie podobała mi się obserwacja tego, jak zmienia się jego podejście do Tatum i do samego powodu, dla którego znalazł się na ranczu.

Bo ostatecznie ta historia nie jest wyłącznie o tym, że dwoje ludzi zaczyna coś do siebie czuć.

Jest też o tym, co dzieje się po drodze.

O sytuacjach, w których trzeba przewartościować własne przekonania. O ludziach, którzy potrafią patrzeć na innych wyłącznie przez pryzmat tego, co wydarzyło się kiedyś. O tym, jak trudno czasami pozwolić sobie na zaufanie, kiedy wcześniej dostało się od życia wystarczająco dużo powodów, żeby tego nie robić.

I chociaż „...i wtedy cię poznałem” jest romansem, to właśnie te elementy sprawiły, że nie odebrałam tej książki jako kolejnej historii miłosnej do przeczytania i odłożenia na półkę.

Czy wszystko mi się podobało? Nie.

Momentami miałam wrażenie, że niektóre wydarzenia mogłyby zostać poprowadzone spokojniej, a kilka rozwiązań było dla mnie zbyt łatwych do przewidzenia. Bywały też chwile, kiedy zachowanie bohaterów zwyczajnie mnie irytowało. Ale chyba właśnie dzięki temu nie pozostałam wobec tej historii obojętna. Reagowałam na nią – przewracałam oczami, kibicowałam, denerwowałam się i chciałam wiedzieć, co wydarzy się dalej.

A przecież o to między innymi chodzi w dobrej lekturze.

Nie każda książka musi mnie zachwycić od pierwszej do ostatniej strony. Czasami wystarczy, że sprawi, że naprawdę zaangażuję się w historię.

Tutaj tak właśnie było.

Podobał mi się również klimat rancza i małej społeczności, w której trudno zachować coś tylko dla siebie. Ten element dodał opowieści charakteru i sprawił, że historia Jacka i Tatum nie rozgrywała się wyłącznie między nimi. Ich relacja musiała mierzyć się również z tym, co myślą i mówią inni.

A ja najbardziej lubię momenty, kiedy bohaterowie zaczynają rozumieć, że nie muszą całe życie funkcjonować według tego, co zostało im przypisane.

„...i wtedy cię poznałem” zostawiło mnie więc z całkiem przyjemnym poczuciem, że spędziłam czas z historią, która dała mi dokładnie to, czego oczekiwałam od romansu – emocje, trochę napięcia, odrobinę irytacji i bohaterów, których relację chciałam obserwować do samego końca.

Nie była to dla mnie książka idealna.
Ale była jedną z tych, przy których po prostu dobrze się bawiłam.
A czasami właśnie tego potrzebuję od książki najbardziej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Każdy czytelnik patrzy na książkę przez własny pryzmat. Jeśli masz ochotę, podziel się swoim spojrzeniem – jestem bardzo ciekawa! :)