Nie każda historia zaczyna się od książki. Czasami najpierw pojawia się pomysł na kilka krótkich filmów, Instagram i… muzeum, które chce pokazać swoją historię z zupełnie innej strony. Tak właśnie narodziła się Stefcia – bohaterka mini-serialu stworzonego z myślą o promocji Muzeum Zamoyskich w Kozłówce, która niespodziewanie zdobyła ogromną popularność, a później doczekała się własnej książki.
Czy historia, którą najpierw poznałam na ekranie, równie dobrze odnalazła się na papierze? Sprawdziłam to.
Tytuł: Stefcia
Ilość stron: 384
Wydawnictwo: Znak Horyzont
Cena: na empik.com znajdziecie ją już za 42,95 zł.
„Od urodzenia wrzuceni jesteśmy w okoliczności. W świat, który nie pyta nas o zgodę. W zdarzenia przetaczające się przez życie jak burza, która jednych minie bokiem, a innych zmiecie do ziemi.”
Ten cytat chyba najlepiej oddaje to, co zostało ze mną po przeczytaniu „Stefci” Joanny Adamek. Bo choć początkowo można potraktować tę historię jako opowieść o młodej dziewczynie, która trafia do zupełnie innego świata, dla mnie z czasem stała się czymś więcej. Historią o tym, że nie zawsze mamy wpływ na miejsce, w którym zaczynamy, ludzi, których spotykamy, ani wydarzenia, które nagle wywracają nasze życie do góry nogami. Możemy jednak próbować zdecydować, co z tym wszystkim zrobimy.
Co ciekawe, sama „Stefcia” również nie zaczęła swojego życia jako książkowa bohaterka. Najpierw pojawiła się na Instagramie.
Muzeum Zamoyskich w Kozłówce postanowiło wykorzystać mini-serial jako sposób na pokazanie swojej historii z nieco mniej oczywistej strony. Zamiast kolejnej klasycznej promocji zabytku dostaliśmy Stefcię – młodą służącą, jej codzienność, relacje i perypetie rozgrywające się w pałacowych wnętrzach. Pomysł okazał się ogromnym sukcesem, a bohaterka szybko zaczęła żyć własnym życiem. Z Instagrama trafiła więc na papier.
I właśnie dlatego, sięgając po książkę, miałam w głowie pytanie: czy bohaterka znana z krótkich odcinków udźwignie całą powieść?
Udźwignęła.
Co więcej, podczas czytania przestałam myśleć o niej wyłącznie jako o Stefci z internetowego serialu. Zaczęłam patrzeć na nią jak na dziewczynę, która po prostu próbuje znaleźć swoje miejsce w świecie, którego zasad sama przecież nie ustalała.
Los Stefci dobrze pokazuje, jak wiele rzeczy otrzymujemy, zanim w ogóle nauczymy się je kwestionować. Nie wybrała swojej pozycji społecznej, rodziny, miejsca, w którym przyszło jej dorastać, ani świata, do którego pewnego dnia trafia. Te okoliczności zostały jej dane. Ona może jedynie zdecydować, co z nimi zrobi.
A jednak nie jest bierna.
Ma w sobie ciekawość, temperament i potrzebę poznawania tego, co znajduje się poza granicami jej dotychczasowego życia. I chyba właśnie dlatego tak dobrze mi się ją obserwowało. Nie dlatego, że jest bohaterką bez wad. Właśnie przeciwnie. Czasami działa zbyt szybko, czasami emocje biorą górę, a jej decyzje nie zawsze są tymi, które sama uznałabym za rozsądne. Ale dzięki temu nie miałam wrażenia, że czytam o wykreowanej „idealnej” dziewczynie. Czytałam o kimś, kto dopiero uczy się siebie.
Pałacowy świat, do którego trafia Stefcia, jest przy tym niezwykle ciekawym tłem dla tej przemiany.
Z jednej strony piękne wnętrza, określone zasady, elegancja i życie, które z perspektywy współczesnego czytelnika może wydawać się niemal baśniowe. Z drugiej – bardzo wyraźna granica pomiędzy tymi, którzy posiadają władzę i majątek, a tymi, którzy są od nich zależni.
Im dłużej czytałam, tym mocniej uświadamiałam sobie, że ta granica wpływa na właściwie wszystko. Na relacje. Na zachowanie. Na możliwości dokonywania wyborów. Nawet na to, o czym można marzyć.
I właśnie tutaj „Stefcia” przestała być dla mnie wyłącznie opowieścią kostiumową.
Bo przecież również dzisiaj często zostajemy „wrzuceni” w okoliczności, których nie wybieraliśmy. Tyle że zmieniły się dekoracje.
Rodzimy się w określonej rodzinie. Dorastamy w konkretnym środowisku. Spotykamy ludzi, którzy potrafią zmienić nasze życie, choć wcale ich nie szukaliśmy. Czasami coś przychodzi do nas zupełnie niespodziewanie i musimy zdecydować, czy potraktujemy to jak katastrofę, przypadek, czy może początek czegoś nowego.
Stefcia również dostaje od życia kilka takich momentów.
I obserwowanie tego, jak sobie z nimi radzi, było dla mnie jedną z największych przyjemności podczas lektury.
Nie chcę jednak udawać, że przez całą książkę siedziałam z miną pełną zadumy i analizowałam ludzką naturę. Absolutnie nie. „Stefcia” ma w sobie sporo lekkości, humoru i sytuacji, przy których zwyczajnie się uśmiechałam. Dzięki temu bardziej refleksyjne fragmenty nie przytłaczają, tylko pojawiają się naturalnie pomiędzy kolejnymi wydarzeniami.
Polubiłam też to, że książka pozwala spojrzeć na ludzi znajdujących się po obu stronach pałacowych drzwi. Ci „z góry” i ci „z dołu” nie są jednowymiarowi. Każdy ma swoje pragnienia, słabości, sympatie i problemy. Status społeczny może bardzo wiele powiedzieć o czyimś życiu, ale nie mówi wszystkiego o człowieku.
I chyba właśnie dlatego nie potrafiłam potraktować tej historii wyłącznie jako romantycznej czy obyczajowej opowieści osadzonej w dawnych czasach.
Najbardziej interesowało mnie to, co dzieje się z człowiekiem, kiedy świat stawia przed nim granicę.
Czy ją zaakceptuje?
Czy spróbuje przesunąć?
A może dopiero po pewnym czasie zrozumie, że wcale nie musi wybierać pomiędzy tym, czego od niego oczekują, a tym, czego sam pragnie?
Stefcia nie zna odpowiedzi na te pytania od początku. I bardzo dobrze. Gdyby znała, jej historia nie byłaby tak interesująca.
Dzięki temu mogłam obserwować ją nie jako gotową bohaterkę, ale jako dziewczynę, która dopiero sprawdza, na ile może sobie pozwolić. Uczy się ludzi. Uczy się zasad. Uczy się konsekwencji własnych decyzji. A przede wszystkim zaczyna rozumieć, że jej życie nie musi być wyłącznie tym, co zostało jej wcześniej przygotowane.
I chyba właśnie to najbardziej mnie w niej ujęło.
Nie wielkie deklaracje.
Nie spektakularne gesty.
Tylko ta powolna, momentami bardzo nieporadna próba przejęcia choć kawałka własnego życia.
Kiedy więc skończyłam „Stefcię”, wróciłam myślami do słów o okolicznościach, w które zostajemy wrzuceni. Pomyślałam wtedy, że może wcale nie chodzi o to, żeby całkowicie uciec przed burzą. Tego przecież nie zawsze da się zrobić.
Może ważniejsze jest to, żeby po wszystkim sprawdzić, czy nadal stoimy na własnych nogach.
Stefcia dopiero się tego uczy.
A ja bardzo chętnie jej w tym towarzyszyłam.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Każdy czytelnik patrzy na książkę przez własny pryzmat. Jeśli masz ochotę, podziel się swoim spojrzeniem – jestem bardzo ciekawa! :)