Są książki, po które sięgam bez większych oczekiwań. Wybieram je intuicyjnie, z myślą o lekkiej historii, która pozwoli mi na chwilę zwolnić i oderwać się od codzienności. Czasem jednak taka lektura zostawia po sobie coś więcej niż tylko przyjemne wrażenie — myśl, emocję albo pytanie, które wraca już po zamknięciu książki.
„Lepiej niż w filmach” było właśnie takim tytułem. Nie próbowałam od razu go analizować ani porównywać z innymi historiami. Pozwoliłam sobie na czytanie bez pośpiechu i bez nadmiaru oczekiwań, a dopiero później zaczęłam zastanawiać się nad tym, co tak naprawdę we mnie poruszyło.