Uwaga, komunikat organizacyjny: Maślakowej wstęp wzbroniony.
Nie dlatego, że ja jestem jakaś niemiła, skądże znowu. Po prostu przy tej książce i tak dzieje się tyle, że dokładanie jeszcze jednej osoby z miną „ja tylko przyszłam zobaczyć” mogłoby skończyć się sanatoryjną komisją śledczą, trzema plotkami na korytarzu i awanturą o krzesło przy stoliku.
Mateusz Glen w „Boże, Beata!” zabrał mnie do Ciechocinka, gdzie miało być zdrowotnie, wypoczynkowo i kulturalnie, a wyszło — jak to w życiu — podejrzanie, głośno i bardzo zabawnie. Bo kiedy Ta Jedna Ciotka jedzie do sanatorium, to człowiek już wie, że cisza nocna będzie tylko teorią, a odpoczynek zostanie przesunięty na bliżej nieokreślony termin.
I powiem tak: ja tam nie chcę nikogo podpuszczać, ale tę aferkę zdecydowanie warto poznać.